„Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu” – mawiał Mały Książę. Na własnej skórze możemy się o tym przekonać przy zaciąganiu kredytu w obcej walucie, a w szczególności przy jego spłacaniu. Jeden z najważniejszych czynników decydujących o wysokości poszczególnych rat nie jest bowiem widoczny w umowie kredytowej. Mowa o spreadzie, czyli ukrytym koszcie kredytu z jednej strony, a czystym zysku dla banku z drugiej.
Co to jest spread?
Najprościej ujmując, spread to różnica między kursem kupna a sprzedaży jednostki danej waluty. Na co dzień z tą różnicą można się zetknąć w kantorach, gdzie nikogo ona nie dziwi. Przy zaciąganiu kredytu w obcej walucie mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że zawarta w umowie kwota kredytu zostanie przeliczona na walutę po niższym kursie (kursie kupna), a wysokość rat będzie wyznaczona przy pomocy kursy wyższego (sprzedaży). Co ciekawe, każdy bank ustala rozpiętość obu kursów sam i czasem owe „widełki” mogą się znacznie różnić od tych ogłaszanych przez NBP i przez inne banki. I tak, jeszcze parę lat temu zdarzało się, że niektóre banki rezygnowały ze spreadów (np. Bud Bank, włączony później do Banku Gospodarstwa Krajowego, czy GE Money Bank). Inne natomiast ustalają rozpiętość kursów znacznie powyżej przeciętnej – jednym z rekordzistów na polskim rynku jest DomBank. Teraz co prawda wycofał się on z udzielania kredytów walutowych, ale związani wieloletnim zobowiązaniem dotychczasowi klienci z pewnością odczuwają skutki spreadu większego niż 18 gr dla franka szwajcarskiego.
Kiedy kredytobiorcy są narażeni na działanie spreadu?
Realną siłę spreadu odczują nie tylko ci, którzy co miesiąc spłacają raty kredytu zaciągniętego w obcej walucie, ale również ci, którzy chcą uciec przed ryzykiem i przewalutowują swój kredyt. W pierwszym przypadku aktualne „widełki” mają jednak wpływ tylko na wysokość najbliższej raty kredytu. W drugim – niespłacona część kredytu zostanie już na stałe przeliczona na złotówki po niekorzystnym dla klientów kursie sprzedaży. Wówczas okazuje się, że nawet banki, które nie pobierają prowizji za przewalutowanie, jednak dobrze zarabiają na świadczeniu takich usług.
Dlaczego ostatnio widełki spreadów się rozszerzają?
Wskutek kryzysu finansowego wszystkie koszty związane z kredytami rosną w ekspresowym tempie, więc banki postanowiły więcej zarobić również na spreadach walutowych. Obecnie widełki dla różnych walut wynoszą od kilku do nawet 30 groszy. Instytucje finansowe tłumaczą to tym, że również na rynku międzybankowym sytuacja jest mniej korzystna niż jeszcze kilka miesięcy temu – w rzeczywistości jednak dla pary walut PLN/CHF spread dla banku wynosi średnio 0,5 gr, gdy dla klientów jest to przeciętnie 15 gr.
Sprawa dla regulatorów
Dopiero ostatnio problemem spreadów jako ukrytego kosztu kredytów walutowych zajęły się takie instytucje jak Komisja Nadzoru Finansowego oraz Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Wniosek jest jeden: ponieważ spready powodują znaczące zmiany w wysokości rat i podwyższają koszt kredytu, ich działanie powinno być ujęte w umowie kredytowej. Klienci z pewnością ucieszyliby się, gdyby stosowanie spreadów zostało całkowicie zakazane. Bardziej prawdopodobne jest jednak to, że banki zostaną pozbawione stuprocentowej swobody kształtowania kursów kupna i sprzedaży walut.
Podsumowanie
Ze spreadami walutowymi wiążą się dwa podstawowe problemy: po pierwsze, wielu klientów banków w ogóle nie zdaje sobie sprawy, że są narażeni na ten ukryty koszt. Po drugie, nawet „uświadomieni” kredytobiorcy nie są w stanie przewidzieć, do jakiego poziomu działanie spreadów może podwyższyć należne raty. Ale dopóki kwestia spreadów nie jest regulowana przepisami, trzeba się z ich działaniem pogodzić, gdy podejmujemy ryzyko zaciągnięcia kredytu w obcej walucie.
Wszystkich zainteresowanych porównaniem kredytów hipotecznych, mieszkaniowych zapraszam na TotalMoney.pl.